Tagi

, , , ,

Spektakl Słoń i kwiat według tekstów Briana Pattena przygotowany przez Grupę Coincidentia  i Białostocki Teatr Lalek otwiera konkursową część Teatralnej Karuzeli, festiwalu organizowanego po raz trzeci przez teatr Pinokio w Łodzi. Festiwalowa atmosfera wylewa się poza budynek teatru. W teatralnym podwórku kiermasz maskotek i wyrobów dla dzieci: kolorowo i wesoło, a także smacznie – jest tu trochę zdrowej żywności i wymyślne słodycze. Festiwalowe zdarzenia zaanektują jeszcze w tym tygodniu inne części miasta, bo jak informują organizatorzy, świętujemy w Łodzi przedłużony Dzień Dziecka. Jest trochę lokalności, ponieważ w festiwalowej kawiarence (zwanej „Tubajką”) kupić można książki dla dzieci między innymi łódzkiego wydawnictwa Ładne Halo. Ale jest też stołecznie, ogólnopolsko, rozmachowo. W jury konkursowym zasiadają obok łódzkiej teatrolożki i animatora życia teatralnego Anny Ciszowskiej również dramatopisarz Michał Walczak i krytyk teatralny Bartłomiej Miernik. Repertuar konkursu teatralnego bardzo ciekawy (nie opisuję, można go obejrzeć tutaj) i już po pierwszym spektaklu widać, że w teatrze dla dzieci sporo się dzieje, że jest tu o czym dyskutować. I nawet jeśli Agata Bielik-Robson zarzuca Polakom dziecięctwo, tęsknotę za pieluchami oraz niechęć do dorastania, w których to przywarach ma się ponoć ujawniać nie do końca wyartykułowany kompleks romantyzmu (vide felieton Bielik-Robson w „Wysokich Obcasach”), Słoń i kwiat z Białegostoku opowiada o świecie bardzo poważnie, przedstawiając złożoną, i bynajmniej nie romantyczną, wizję rzeczywistości.

Fabuła spektaklu jest dość prosta; oto rodzi się bardzo mały słoń – może pięć centymetrów – którego mama tak się tym faktem konfunduje, iż wsadza go na liść i spławia (dosłownie i w przenośni) w dół płynącej opodal rzeki. Słoń prawie tonie, widać waży jeszcze na tyle dużo, żeby zatopić liść, ale na szczęście ratuje go Kwiatek. Dziwna ta roślina, jako jedyna taka na świecie, potrafi chodzić, czym chełpi się faktycznie dość nieskromnie. Ostatecznie ta dwójka zawiązuje prawdziwe przyjacielskie przymierze. Spotykają na swojej drodze rozmaite zwierzaki, bo żyją w dżungli, która obfituje w gadające świnie, żarłoczne i łase na poezję wróble, makabrycznie dowcipne i trochę przerażające hieny i dżdżownice wykazujące talent aktorski. Ale w tle tych zabawnych historii rozwija się opowieść bardziej filozoficzna, ważniejsza, fundamentalna. Pobrzmiewa w niej pytanie nie tylko o to, skąd wzięła się dżungla albo dlaczego małpy lubią banany, ale także jak powstał wszechświat, a jak dobro i zło. Odpowiedzi są niejednoznaczne, w zasadzie to tylko hipotezy, podawane i natychmiast obalane. Jak na przykład przypowieść o człowieku z workiem, który pytał ciemność, czym chce być, zaczarowywał ją, a ona tym się stawała (w przybliżeniu jakoś tak).  W planie fabularnym opowieść domyka się dość logicznie: słoń nagle dorasta, czar jego świata pryska, a on idzie się przejść po lesie i zerknąć na jezioro, które jeszcze przed chwilą było mitycznym celem pielgrzymek zwierzaków. Natomiast w planie filozoficznym opowieść ta zostaje otwarta, nabiera wieloznaczności, możliwości dzielą się (albo mnożą – matematyka nie jest dla dzieci najważniejsza). W każdym razie nie ma jednej odpowiedzi na fundamentalne pytania. To świetna konstrukcja, bo pozwala zakończyć opowieść bez uproszczeń i płycizn zawsze obecnych w domkniętych, łopatologicznych historiach.

Spektakl zaskakuje ilością scenicznych rozwiązań, rozmaitymi pomysłami na inscenizowanie spotkań między zwierzętami, ciekawymi sposobami na prezentacje postaci i ich kostiumów, a także sprawnością wokalną aktorów. Słoń rozmawiający z motylem, czy hiena, która zjada robaczka i wiedzie z nim zawiłą dyskusję, by za chwilę stać się świnią, dżdżownicą etc. – liczy się tu wielofunkcyjność i elastyczność aktora. Do tego dochodzi jeszcze wyczucie rytmu, melodii, czysta fizyczność ruchu. Opisane tu historie dzieją się w przestrzeni zrobionej, skonstruowanej od a do z. Niby normalne, to teatr. Ale w spektaklu takim jak ten szczególnie to widać. Wszystko jest wymyślone, inne niż za oknem – to zabawa formą, która nie do końca posiłkuje się wzorcami czerpanymi ze znanego świata, musi za to kreować odpowiednie emocje i zachować pełną funkcjonalność. W trakcie spektaklu duży tekturowy sześcian, w którym rozgrywa się część akcji, jest systematycznie niszczony, rozdzierany i demontowany. Gdy nadchodzi moment, w którym słoń staje się duży i pryska iluzja całej opowieści, dekoracje nie nadają się do dalszego użytku. Dzieciństwo również ma swoje tragedie.

Michał Lachman

P.S. Mały dodatek ad vocem romantyzmu. Perfidia wspomnianego powyżej wróbla polega na tym, że wywabia spod ziemi glisty, każąc im deklamować „Testament mój” Słowackiego. Dżdżownice łapią się na ten numer i recytują przesłanie wieszcza na malutkiej scence ustawionej na deskach dużej sceny. Ceną jest pożarcie przez wróbla. Ostatecznie nie bardzo wiem, jak przylepić ten motyw „wróbel może” do polskiego romantyzmu i potrzeby nieokiełznanego heroizmu, ale bez wątpienia romantyczne uniesienia są w tym spektaklu jakimś ukrytym tłem akcji. Może ktoś to skomentuje, wyjaśni głębiej?

Słoń i kwiat

Grupa Coincidentia i Białostocki Teatr Lalek

wg tekstów Briana Pattena w przekładzie Piotra Sommera

III Festiwal Teatralna Karuzela 2013, Teatr Pinokio w Łodzi

Adaptacja i reżyseria: Robert Jarosz

Obsada: Dagmara Sowa, Paweł Chomczyk, Michał Jarmoszuk

Wykonanie muzyki na żywo: Robert Jurćo