My dzieci z Wrześni

Tagi

, ,

Ponieważ panuje kulturalna posucha, a deski teatrów świecą pustkami, „Łódź w Kulturze” postanowiła zadbać o wirtualny rozwój teatru i opisać przedstawienia nigdy niewystawione. Są to dzieła jak najbardziej na czasie, potrzebne i dotykające nas do żywego.

Znowu wizyta w niewielkim powiatowym mieście i znowu teatralny hit. Tym razem teatr młodzieżowy w skromnym domu kultury, prowadzonym przez Judyma-idealistę, wbrew wszystkim. Gdzieś tu leżą źródła odwagi.

Na szczęście w programie przedrukowano duże partie sztuki, cytuję in extenso, z przyjemnością. Autor nieznany. Może to lepiej. Tłumacze Szatańskich wersetów Salmana Rushdiego też woleli nie umieszczać swoich nazwisk na stronach tytułowych.

Sięgamy do początku wieku dwudziestego, do małej Wrześni, która znów urasta do rangi dziejowego exemplum, w którym jak w zwierciadle przegląda się współczesna Polska, w czym przypomina złą królową z bajki o Królewnie Śnieżce.

Strajk dzieci wrzesińskich

Fot. Z archiwum Kuratora Oświaty

Na sali oczywiście ławki, stare, szkolne, drewniane ławki z pochylonym blatem i otworem na kałamarz. To w tych drewnianych konstrukcjach zasiadają widzowie. Na środku klasy, pod tablicą z przytwierdzonymi na magnesach dużymi ekierkami, z gąbką i połamaną kredą, kilkoro uczniów. Każdy trzyma kartkę. To petycja, którą chcą nam, domniemanym rodzicom przedstawić, tak jakbyśmy uczestniczyli w wyimaginowanej wywiadówce. Petycję odczytują z podziałem na głosy, nerwowo, czasami zaczepnie.

My dzieci z Wrześni chcemy chodzić do szkoły.

Chcemy pakować rano kanapki do naszych plastikowych śniadaniówek.

To trudno, że czekamy na autobus miejski albo podmiejski w chłodzie i słocie, na wygwizdowie, pod odrapaną wiatą z napisem „żydy won”.

Trudno. Cóż.

Bo droga nam jest edukacja i wiedza.

Droga nam jest wolność, którą daje szkoła.

Szkoła często głupia, a często niewydolna.

Ale jednak.

Ale jednak.

Zawsze to lepsze niż siedzenie po domach.

Z dziadkami, którzy pamiętają wojnę.

Z rodzicami, którzy nie pamiętają wojny.

Z ludźmi, którzy nic nie wiedzą.

W każdym razie chcemy chodzić do szkoły i spotykać się z koleżankami i kolegami mieszkającymi w innych okręgach wyborczych.

Wiadomo przecież, że jeden okręg wyborczy drugiemu okręgowi wyborczemu nie da odpisać matmy.

Tak jest w niektórych klasach, w niektórych placówkach edukacyjnych.

Ale nie u nas w klasie. U nas jest jeden okręg wyborczy, także każdy spisuje od każdego i jest pewna czystość. Czystość można powiedzieć konstytucyjna.

Ale my nie o tym.

Tak, nie o tym. Bo mamy problem z jednym nauczycielem i właściwie dlatego tak gadamy.

Właściwie, to myśmy się już zdecydowali, że złożymy skargę. Już mamy ją nawet napisaną.

Nam chodzi o to, że nasz nauczyciel od niemieckiego, od języka niemieckiego za mało wymaga.

Znaczy nam się zdaje, że on za mało wymaga. Językowo.

No i z gramatyki też.

A my, skoro już jeździmy pekaesem podmiejskim z wygwizdowa.

Skoro już musimy codziennie wieczorem pastować juniorki pastą Buwi Premiere.

Niemiecką pastą na bazie wosku naturalnego.

No to do cholery należy nam się edukacja na poziomie.

Damy wam przykład, żeby nie było, że jesteśmy uprzedzeni.

Wchodzimy do klasy na lekcję niemieckiego.

Mówimy grzecznie: „Guten Tag, Herr Wawrzyniak”.

A Wawrzyniak: „Dzień dobry dzieci. Siadajcie”.

Wtedy my stoimy. Nie będziemy reagować na polski. To jest lekcja języka niemieckiego.

„Guten Tag, Herr Wawrzyniak. Eine schöne Tag, nicht wahr?”.

“Dzień dobry. Możecie już usiąść. Czy on jest ładny, to się okaże. Najpierw przeczytam listę.”

Kiedy my ciągle nie siadamy, wywiązuje się taka rozmowa.

Tak, i to właśnie te rozmowy ostatecznie nas popchnęły do tego.

Do decyzji, żeby napisać protest.

„Dzieci, komendy możemy wydawać w języku ojczystym, polskim. Siadaj, wstań, podejdź do tablicy. To są komendy ojczyste. Nikt w obcym języku nie ma prawa wam rozkazywać. Potem przejdziemy do złożonych zagadnień niemieckiej gramatyki i będzie trochę słów niemieckich. Ale bardzo proszę nie przesadzajcie z tym, bo już za chwilę nie będziecie Polakami.

Ale my jesteśmy Polakami.

Mowa nas definiuje, więc nie jestem pewien. Niektórzy z was mówią zdecydowanie za płynnie po niemiecku jak na Polaków. Dziewięćdziesiąt procent na teście końcowym z języka obcego, to chyba jest już podejrzane. Prawda?

Ale dla nas, panie nauczycielu Wawrzyniak, to jest furtka na świat.

Dla nas to jest okno na świat.

To jest właśnie otwarcie.

To jest nasze Das Fenster.”

Wtedy pan Wawrzyniak się piekli. Mówi, że nie ma okna. I że mamy siadać, bo będzie odpytywał z gramatyki.

My mówimy, że chcemy poznać język, w którym porozmawiamy z naszymi sąsiadami zza rzeki, z innymi ludźmi, z innymi mieszkańcami ziemi.

„Ziemia jest wielka, proszę zapytać pana od geografii. W sali od geografii znajduje się, Herr Wawrzyniak, globus. Ma wiele kolorów, a każdy kolor, to inny kraj. Inny język, inna kultura. To jest naukowo potwierdzone. A globus to nie żadna metafora; Ziemia naprawdę jest okrągła. My dzieci z Wrześni chcielibyśmy takiej edukacji, która nas zapozna. Zapozna z tymi innymi kolorami, Herr Wawrzyniak. Die andere Farben.”

Wtedy Wawrzyniak mówi, że Polska też jest kolorowa. Że Podlasie ma inne kolory od Tatr, a najpiękniejsze kolory są jesienią na piastowskim Śląsku.

Wtedy my zaczęliśmy strajk.

Tak, i od tego wszystko się zaczęło.

Tak, stąd ta petycja.

Stąd.

I tak się zaczął nasz bunt.

Potem były te przesłuchania.

Po polsku, także trudno było śledczym wyjaśnić, o co nam chodzi.

Polscy śledczy ni w ząb nie mówią w języku Goethego, a nawet Hansa Klossa.

Dla nich „Guten Tag” nic nie znaczy. Dla nich „Guten Tag” mogłoby nie istnieć.

Ale z pomocą przyszła nam Carska Ochrana.

Tak, to było pewne wsparcie.

Przynajmniej na początku. Przynajmniej tak nam się zdawało.

Gazety się rozpisały.

Zrobił się rejwach.

Ale wtedy.

Podklepali nam LGBT.

I tęczową flagę.

Pan od biologii krzyczał na korytarzu: „Św. Stanisław to jeden organizm komórkowy. Oni nie wierzą, że się pozrastał”.

Carska Ochrana nas wspomagała.

Ich pikieta stała pod szkołą. Pytali, czy mieliśmy zajęcia z edukacji seksualnej i czy ktoś nie chciałby skorzystać z aborcji.

Ale z tego nic nie wszyło. Mówisz im  po polsku „nie”, a oni nie rozumieją.

Dlatego przynieśliśmy petycję.

I chcieliśmy ją wręczyć.

Na ręce. Tylko nie wiemy na czyje.

 

W ruch idą ręce widzów. Rozbrzmiewają gorące brawa. Można być zbudowanym tak pozytywnym przyjęciem. Artystycznie może nie jest to zbyt mistrzowskie osiągnięcie, ale w naturalny sposób liczy się przekaz.

A jednak na widzach ta bądź co bądź czarna wizja nie robi specjalnego wrażenia. Z ich twarzy nie znika uśmiech, duma, pewność siebie, kiedy ściskają aktorów, przekazując gratulacje. Za chwilę widownia się rozejdzie i zniknie w przepastnych czeluściach pięciolitrowych SUVów zaparkowanych pod szkołą. Rozjadą się do willi i wiejskich posiadłości z wypielęgnowanym ogrodem i drewnianą altanką skrywającą murowanego grilla. Po drodze miną rozrzucone na poboczach stare opony, ubłocone gospodarstwa z rdzewiejącą snopowiązałką i psa krztuszącego się na za krótkim łańcuchu. W zasadzie to są prawdziwe dekoracje sztuki, którą przed chwilą obejrzeli.

Michał Lachman

Premiera: zupełnie przez przypadek zbiegła się z datą pierwszego przesłuchania studentów Uniwersytetu Śląskiego w związku z ich sprzeciwem wobec nienaukowych i kłamliwych treści przekazywanych podczas jednego z wykładów. Spektakl grany na życzenie.